Languages

  • Polski
  • Deutsch

Ziemie Zachodnie - mandat sprzed dwudziestu lat

„Die von Gott gesandtem Polen“
Oto tytuł jednego z licznych artykułów, jakimi prasa zachodnioniemiecka zareagowała jesienią i zimą 1964 r. na moje wypowiedzi poświęcone polskim Ziemiom Zachodnim. Do odgłosów prasowych dołączyły się wówczas niemal setki listów prywatnych. Była to korespondencja odgrażająca [tak w oryginale – red.].

Trzeba to dziś przypomnieć. Ale były też - Bogu dzięki - i wypowiedzi rozsądne, budzące szacunek i sympatię. Podobne do tych, które obecnie coraz częściej słyszymy z NRF. Również w prasie znalazło się sporo ak­centów, które mimo wszystko nacechowane były otwartością i nie wykluczały możliwości dialogu.

Chciałem zachować lojalność. Ale mimo to nie mogłem w tym nastawieniu ówczesnej opinii zachodnioniemieckiej nie widzieć chęci do poważnego nieporozumie­nia. To prawda, że w tym czasie - zarówno w Warszawie z okazji 16-ej rocznicy zgonu wielkiego kard. Hlonda, jak i przy sposobności 21. inauguracji roku akademickiego na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie jesienią 1964 r. powiedziałem, że po dwudziestu latach Polski na Ziemiach Zachodnich nie ma różnicy między stylem życia w War­szawie, Krakowie lub Częstochowie, a sposobem bycia Polaków we Wrocławiu, Opolu lub Olsztynie. Zasługę za taki stan rzeczy przypisałem m.in. odwadze dziewięciu milio­nowej rzeszy Polaków zamieszkujących te tereny. Oni to zrozumieli wołanie tych Ziem, odczytując w powojennych zgliszczach i ruinach nakaz z góry - nakaz wymagają­cy naturalnego posłuszeństwa i realizacji. W Niemczech Zachodnich moje słowa odebrano jako krótkowzroczny wyraz megalomanii narodowej. Mówiono, że w anachronistyczny [tak w oryginale – red.] sposób stawiam na przebrzmiały mesjanizm narodowy, który ośmiela się sięgać po specjalne posłan­nictwo, po mandat stanowiący jakby tytuł do polskiego posiadania Śląska, Pomorza i Warmii.

Dwadzieścia lat temu

Młode pokolenie nie pamięta sytuacji z wiosny 1945 r. Ale ludzie, który coraz mniej kwestionują obecność Polski na Śląsku lub Pomorzu dobrze wiedzą jak wyglą­dał koniec wojny na tych terenach. Z jednej strony trwała paniczna ucieczka przedwojennych mieszkańców wraz z cofającą się ze Wschodu pokonaną armią niemiecką. Bez przesady trzeba stwierdzić, że większość Niemców opuściła te ziemie jeszcze przed wkroczeniem admini­stracji polskiej. Z drugiej strony narzucał się przejmujący widok opustoszałych terenów, na które powoli przybywali nowi osiedleńcy. Przybywali zewsząd. Zjawiali się tu ma­sowo ludzie z terenów zabużańskich - równie bezradni i bezdomni, jak ich rodacy, wracający z poniewierki nie­mieckich lagrów. Do nich dołączali ludzie z rozwalonej Warszawy i setek poniszczonych innych polskich miast i wsi, gdyż działania wojenne i terror okupacyjny pozba­wiły ich dachu nad głową i ogołociły niemal doszczętnie. Oni przyszli do dymiącego już Wrocławia - na spalone pola pomorskie i warmińskie i zdobyli się na trud nowej dla nich ziemi.

Wspominając tamte niewiarygodne początki wska­zać trzeba przyczyny, które spowodowały to przemieszanie ludności. Stwierdzić należy, że polscy osiedleńcy znaleźli się na Ziemiach Zachodnich wskutek działań drugiej wojny światowej. Wojna ta była wojną zdobyw­czą - wojną zbrodni i grabieży i miała okrutny charakter tylko z woli jej inicjatorów. Dzisiejsze Ziemie Zachodnie nie były w międzywojniu nigdy przedmiotem polskiej napaści. Powstania śląskie, walczące o polskość Gór­nego Śląska i Opolszczyzny miały zgoła inny charakter. Ziemie Zachodnie znalazły się w rękach polskich osie­dleńców wskutek niemieckiej przegranej. To była prosta konsekwencja najeźdźczej wojny, wywołanej przez hitle­rowskie Niemcy. Zagospodarowanie tych Ziem, groma­dzące prochy dawnych przodków, uznano niemal sponta­nicznie za naturalny nakaz dla narodu, który chce żyć. Nakaz trudny, bo wymagający dużego nakładu sił moral­nych i fizycznych.

Zadanie odczytane z faktów

Świat współczesny nie ma wielkiego zaufania do prywatnych objawień, chociaż wiemy, że nie są one nigdy wykluczone. Bardziej jednak przekonuje nas zazwyczaj to, co jest szeroko sprawdzalne i od strony zdrowego rozsądku oczywiste. Tak jest, gdy w oparciu o wiarę w Boga jednostka poszukuje osobistego sensu we własnym życiu. Tak też bywa i przy analizie zadań narodowych.

Toteż polscy ludzie, którzy w roku 1945 i 1946 ze­tknęli się z nową ziemią nie potrzebowali specjalnego natchnienia. Zdali się na zdolność instynktu samozacho­wawczego i zdrowego rozumu, który pomagał im spośród elementów zastanej rzeczywistości odczytywać aktualne zadanie do wykonania. Zadanie to wynikało zresztą z re­zultatu, jakim zakończyła się druga wojna światowa. Wia­domo, że Pan Bóg woła ludzi poprzez to wszystko, co im daje. W ten sam sposób wzywa on poszczególne rodziny czy nawet całe społeczności. Podobne wołanie rozpoznali nowi mieszkańcy Ziem Zachodnich po r. 1945.

Łatwo wskazać fakty, które pomagały w tym powo­jennym polskim wnioskowaniu. Do pierwszych należy to, że tereny, które w wyniku wojny znalazły się w granicach Polski, przedtem w czasach niemieckich zachowały ślady ich dawnego polskiego charakteru. Dlatego odzyskanie ziemi przodków - chociaż przodków dawnych - łączyło się z niemałą satysfakcją moralną. Wspierały to przeko­nanie zastępy tutejszych mieszkańców - takich działaczy polonijnych, którzy jak Ślązacy, Mazury, Warmiacy pod panowaniem niemieckim walczyli o polskie prawa i wy­znawali polskie przekonania narodowe.

Inną okolicznością, ułatwiającą poprawne odczyty­wanie tego naturalnego mandatu o nowej polskości tych Ziem było i to, że większość dawnych mieszkańców nie­mieckich opuściła te tereny jeszcze przed osadzeniem się Polaków. A największym atutem był dla Polaków fakt, że Polska wcale nie powiększyła swego terytorium wskutek wojny. Że ofiary, jakie spotykają Niemców przez utratę Ziem Zachodnich należeć muszą do rzędu tych odszkodo­wań, którymi płaci państwo, z którego winy wybuchła jed­na z najpotworniejszych wojen.

Ani nacjonalizm, ani kompleksy

Widzimy więc, że nie trzeba było wcale narodowego szowinizmu, aby rozpoznać właściwe powojenne miejsce dla własnej egzystencji narodowej. Nie było w tym nic z poczucia „übermensch'ów" - u tych ludzi, którzy zaj­mowali tereny nad Odrą i Nysą. Nie wyznawali oni prze­konań o wyższości ponad innych - nie posiadali żadnego programu zdobywczego, zachłannego. To byli ludzie utru­dzeni, zmęczeni, sponiewierani przez twarde lata niewo­li. Mieli jedno pragnienie. Chcieli spokojnie żyć. Pragnęli nawiązać do tego życia, z którego wytrącił ich w r. 1939 straszliwy najazd hitlerowski.

Polacy z r. 1945 nie byli również wyznawcami Mickie­wiczowskiego mesjanizmu. Twarde lata niewoli nauczyły ich realizmu. Romantyzm polski rzadko tylko zdawał eg­zaminy w przeszłości. Ale jedną poważną wygraną mieli ci ludzie za sobą. Wygrali oni słuszną stawkę o trwanie na­rodu. Szczególnie wtedy, gdy naród nie posiadał własne­go państwa. Dowiedli, że czym innym jest państwo, a co innego stanowi naród. Podważali oni niejako wszystkie niemieckie teorie na temat państwa, twierdzące, że ono utożsamia się z narodem.

Duchowe zwycięstwo, jakie mieli za sobą ci pol­scy ludzie, polegało m.in. na wyzwoleniu się z dawnych kompleksów, jakie wśród Polaków od dawna pokutowały. „Minderwärtikeitskompleks" nie był kiedyś Polakom obcy. Nie umieli się tego poczucia małości wyzbyć, a to szcze­gólnie wobec Niemców. Zwłaszcza, że Polacy znali Niem­ców jako kolonizatorów, którzy górowali nad nimi wyż­szością cywilizacyjną - umiejętnością handlu, rzemiosła, budownictwa. Wiekowe lata zaborów utrwalały jeszcze te kompleksy. Rozbiorowa niewola przede wszystkim wywo­łała to ogromne zapóźnienie cywilizacyjne. I wszystkie te przesądy i kompleksy pogrzebała wojna, rozpętana przez hitleryzm. Nowej sytuacji duchowej przyszła w sukurs akceleracja i unifikacja rozwoju technicznego. Przestali­śmy więc odtąd być narodem skazanym na zapóźnienie. I ten fakt zarysował się zaraz po wojnie w świadomości narodowej. Z tym dziedzictwem myślowym stanęliśmy w r. 1945 do pracy i do powojennej odbudowy. Bez chęci zemsty, odwetu, ale i bez poczucia niższości.

Prawo do narodowego istnienia

Bez przesady można za św. Augustynem powtórzyć, że wszystko to, co w czasie wojny Niemcy hitlerowskie sprawiły swym „nowym porządkiem w Europie" było wielkim rozbojem - magnum latrocinium. Także i dlate­go, że usiłowano odebrać jednostkom i społecznościom ich wrodzone prawa do egzystencji i do rozwoju. Tzw. hi­tlerowski porządek w Europie zakończył się fiaskiem. Ale otworzył on nowy rozdział historii. Nowe czasy zabiegają o uprawnienia zarówno jednostek ludzkich, jak i całych narodów. Już w czasie wojny podkreślał Pius XII koniecz­ność respektu dla społeczności ponadnarodowej, w której znalazłyby miejsce wszystkie, nawet najbardziej sponie­wierane przez hitleryzm narody. A kilkanaście lat po nim Jan XXIII wyniósł ponad poszczególne partykularne inte­resy narodowe, zazwyczaj nie zupełnie obiektywne, wy­magania bonum commune familiae humanae. Z dobrem ponadnarodowym liczyć się muszą nie tylko poszczególne państwa, ale i bezpieczeństwo każdej ludzkiej osoby win­no być wedle tej zasady planowane i gwarantowane.

Znane są poglądy, które słuszność aneksji Ziem Za­chodnich do Polski uzasadniają z tytułu reparacji, odszko­dowania. Niemniej ważna jest też i racja przyszłego bezpie­czeństwa, tego rejonu Europy oraz jakiejś sankcji za wszyst­kie te nieszczęsne wypadki z przeszłości, kiedy niemiecki Drang nach Osten bez skrupułów niweczył polskie życie.

Kiedy jednak jest mowa o blisko dziewięciu milionach polskich mieszkańców na zachodnich terenach dzisiejszej Polski, pamiętać trzeba, że tu chodzi o coś więcej. W grę wchodzą najprostsze warunki elementarnego ludzkiego bytowania. To nie polityka, ale proste potrzeby i warun­ki ludzkiej egzystencji. Jest rzeczą znamienną, że dla nie­mieckich wysiedleńców czy uciekinierów Ziemie Zachod­nie już dawno przestały być kwestią bytową. Dla Polaków natomiast - w jej nowym układzie, wywołanym przez na­jazd niemiecki, Ziemie Zachodnie nie przestaną być nig­dy sprawą egzystencji dziewięciu milionów mieszkańców. Nie zachodzi tu bynajmniej analogia ekspansji głoszonej przez niemieckie Drang nach Osten. Nie chodzi też tylko o większy lub mniejszy obszar dzisiejszej Polski. Chodzi wprost o warunki bycia i rozwoju dla ludzi, którzy gdzie indziej nie mają odpowiedniego miejsca pobytu. Ten atut, moim zdaniem, przewyższa wszystkie, nawet największe względy polityczne.

Jedyny resentyment - strach

Prawdą jest, że kiedy mówimy o prawie do istnienia, nie wolno zapominać o prawie do ziemi ojczystej. Każde pozbawienie ludzi ich ojcowizny jest bolesne. Z tego zda­wano sobie wyraźnie sprawę w pierwszych latach powojen­nych. Nie jest wykluczone, że przesiedlenie dotknęło bole­śnie wielu ludzi, którzy nie byli zwolennikami hitleryzmu. Objęło, być może, nawet i jego ofiary. Ale nie Polacy roz­poczęli proces wysiedlania. Alianci wybrali ten przykry i skomplikowany sposób, zwłaszcza dlatego, że stało się to po takiej wojnie, którą Niemcy zarówno spowodowali jak i przegrali. Dodać też trzeba, że cała powojenna dyskusja poświęcona sprawie tzw. Heimatrechtu wykazuje, że pra­wo do ziemi ojczystej jest mniej ważne, aniżeli podstawo­we prawo do egzystencji jednostek oraz całych narodów. Ludzie bez swej „ojcowizny" na Śląsku czy Warmii mogą się doskonale obywać. Natomiast nie jest wykluczone, że mniej radykalne rozwiązanie sprawy Ziem Zachodnich mogłoby w przyszłości doprowadzić nie tylko do nowe­go pogwałcenia prawa do ziemi ojczystej, ale odebrać lu­dziom ponownie ich elementarne uprawnienia osobowe - uprawnienia do życia, do rozwoju egzystencji. To nic innego jak konsekwentna interpretacja postulatów dobra międzynarodowego.

My w Polsce zdajemy sobie sprawę ze stopniowej ewo­lucji atmosfery, jaka panuje w Niemczech Zachodnich. Rozumiemy wiece i kundgebungi organizacji ziomkowskich, chociaż wpływy ich kurczą się z dnia na dzień. Wie­my, że nie reprezentują one z daleka całej opinii zachodnioniemieckiej. Znamy poglądy partii politycznych, zna­my poglądy młodego pokolenia niemieckiego na sprawę Ziem Zachodnich. Ale jesteśmy równocześnie świadomi ukrytych źródeł niebezpieczeństwa. Zdarzały się w ciągu minionego ćwierćwiecza pociągnięcia rewizjonistyczne, które poniekąd przypominały rozbijackie akcje, prowa­dzone przez hitlerowców w latach 1924-1933. Kiedy po­ciągnięcia niektórych ośrodków stwarzały w minionych latach nieprzyjemne wrażenia podobieństwa do czasów sprzed „Machtübernahme" wtedy budziły się w nas lęki. Każdy Polak docenia osiągnięcia narodu myślicieli i po­etów - der Denker und Dichter. Ceni Goethego i Bethoveena. A jednak groza ogarnia każdego z nas na pamięć eksterminacji Żydów i getta w Warszawie. Dreszcz nas przejmuje na myśl o Oświęcimiu i pacyfikacji Zamojszczyzny oraz o masowych wysiedleniach Polaków z Warthegau i innych polskich ziem „przyłączonych" do Trzeciej Rzeszy w czasie wojny. Tych faktów nie da się zapomnieć, a pamiętać też trzeba, że wraz z milionowymi ofiarami na­rodu polskiego ginęli w męczeństwie niektórzy odważni członkowie samego narodu niemieckiego.

„Biała róża” i gotowość ekspiacji

Za jeden z poważnych argumentów na rzecz nieprzedawnienia zbrodniarzy hitlerowskich uznano w Niem­czech Zachodnich fakt, że nie ukarano dotąd wszystkich sprawców odpowiedzialnych za śmierć rodzimych ofiar hitleryzmu. Ze wzruszeniem mówimy w Polsce np. o tzw. „Białej Róży" - o rodzinie Scholl i profesorze Huberze, jak i o innych bohaterach niemieckich, którzy w antyhitlerowskim ruchu oporu, w imię potępienia zbrodni i ducho­wego odrodzenia Niemiec, ryzykowali życie. Członkowie „Białej Róży" zginęli w r. 1943. Niechaj stanowią symbol tych ideałów, które są dzisiaj z nami w żywym przymierzu, i które to przymierze mogą w przyszłości potęgować.

Z ogromną ulgą odczytujemy w Polsce listy, petycje i memoranda ludzi, kół, lub organizacji, które uprzytam­niają sobie wyraźnie rozmiary zła i krzywdy, wyrządzonej przez Niemcy hitlerowskie innym narodom Europy, m.in. nam Polakom. Cieszymy się, gdy natrafiamy po ich stronie na gotowość zrozumienia naszych obaw i gdy wyczuwamy u nich chęć zadośćuczynienia. Tak samo, jak cieszymy się i wtedy, gdy w dokumentach historycznych i zachowanych pomnikach przeszłości zauważamy ślady szlachetności ze strony Niemców. Stąd też czcimy np. pamiętnik probosz­cza Peikerta z kościoła św. Maurycego z Wrocławia.

Z tym samym szacunkiem odnosimy się do ekspiacyjnych wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu niemieckie­go. Mam na myśli nie tylko dawną wypowiedź kard. Doepfnera z kościoła św. Jadwigi w Berlinie, ale i jego słowa wypowiedziane do polskich księży, byłych więźniów obo­zów niemieckich, tego roku w Dachau. Wspomnieć trzeba wystąpienie ks. Hoffmanna na berlińskim Katholikentagu oraz jego książce o służbie dla pokoju. W tym samym to­nie była utrzymana wypowiedź śp. Bpa Spülbecka na kon­sekracji kościoła w Drezdnie [tak w oryginale – red.]. Bije z tych wypowiedzi duch ekspiacji, który na zawsze pozostanie warunkiem każdego oczyszczenia i każdej wewnętrznej przemiany. Podobną ufność budzą w nas ośrodki zgrupowane np. wokół myśli Fr. W. Foerstera lub Reinholda Schneidera, przede wszyst­kim zaś memorandum w sprawie stosunków polsko-niemieckich „Koła Bensberg”, Czytamy chętnie pisma „Amici Poloniae” i z gotowością porozumienia przyjmujemy do wiadomości gesty dobrej woli, notowane w zeszytach wy­dawnictwa „Begegnungen mit Polen”.

Wiadomo, że każda rezygnacja wymaga poświęcenia i ofiary. Wspomniane wypowiedzi nacechowane są takim właśnie duchem. Być może, że fakt obecności Ziem Za­chodnich w granicach państwa polskiego wielu Niemców odczuwa dotąd również jako ofiarę. To już znaczy bardzo dużo, gdyż ofiara nie budzi chęci zemsty, bo sama pro­wadzi do uświadomienia rozmiarów własnej winy. Ofiara pozostanie zawsze rzeczą kosztowną, nawet bolesną, ale któż odgadnie proporcje rzeczywistych ofiar niemieckich wobec hitlerowskich zbrodni, które tylko dzięki poświęce­niu mogą być złagodzone?

Zadanie Kościoła

Kościół jako jedyna dotąd realna społeczność po­nadnarodowa ma patrzenie szerokie. Nie ogranicza się ono tylko do stosunków zachodzących między członka­mi jednego narodu, starając się również o twórczy rozwój więzi międzynarodowej.

Otóż wiemy, że religia rozszerza zakres wspólnych przekonań. Ponieważ jest ona czynnikiem łączącym, jednoczącym, powstaje w jej kręgu bardzo łatwo poczu­cie bliskości. Znamy to z doświadczenia, gdyż wiemy jak wiara w Boga i więzy religijne w ciągu minionego ćwierć­wiecza pomagały w umocnieniu spoistości nowego społe­czeństwa polskiego na Ziemiach Zachodnich. Ludzie wra­cający niemal ze wszystkich krańców globu ziemskiego skoncentrowali swą świadomość wokół dobra wspólnego, a wspólne przekonania religijne sprawiły, że stało się ono dla nich bardziej wspólne, bardziej kochane i bliskie.

Jeśli religia jest stosunkiem do Boga - do Dobra naj­wyższego, to owo wysokie odniesienie wpływa na samą. istotę powiązania społecznego między ludźmi. Religia na­daje więzi społecznej charakter nadprzyrodzony. Dlatego społeczność ludzi religijnie myślących i żyjących jest równocześnie społecznością o wiele mocniej zespoloną. Jest ona wtedy w stanie szybciej osiągać osobowe cele, jakim życie społeczne służy. Tak działo się w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat - od powstania polskiej Hierarchii i polskiego życia religijnego na Ziemiach Zachodnich. Działo się tak zarówno w zakresie integracji lokalnej, jak też i przy wytwarzaniu najlepszych więzi społecznych, łączących Ziemie Zachodnie z Macierzą.

Ta sama religia odegrała i odgrywa dotąd nie mniej­szą rolę dla istniejących grup mniejszości narodowych. W danym wypadku godzi się specjalnie wspomnieć choć­by żywe jeszcze parafie niemieckie, które dzięki związkom z Kościołem pielęgnują swoją świadomość narodową.

W sposób niemniej silny mówi się dzisiaj także o więzi ponadnarodowej. Szczególnie „Pacem in terris” i „Populorum Progressio” poświęcają tej sprawie sporo uwagi. Na płaszczyźnie międzynarodowej wartości ponadnarodowe, zwłaszcza te, które złożone są w skarbcu Kościoła, mogą się walnie przyczyniać do twórczych kontaktów, do ożywienia wzajemnego i przekroczenia tych trudności, jakie jeszcze tu i ówdzie straszą od ostatniej wojny. Sobór posiada tu specjalne znaczenie. Doceniamy i my w Polsce ogromny wkład teologii niemieckiej w dzieło Soboru, a także w nie­które próby odnowy posoborowej. Odnosimy się do tego z tym większą życzliwością, im więcej milionów katolików w Polsce żyje soborową odnową Kościoła. Katolicy w Pol­sce zapełniają kościoły, stanowiąc poważną siłę składową Kościoła Powszechnego. Siła katolicyzmu polskiego uwy­datnia się równie dobrze i na Ziemiach Zachodnich.

Realizm zdrowego rozsądku

Spora ilość listów, o których wspominałem na po­czątku, mówiła o realizmie politycznym. Zawierały one już wówczas jakby cichą rezygnację z niemieckiego po­siadania Ziem Zachodnich. Cóż dopiero dziś! Oprócz realistycznych polityków są to zazwyczaj głosy pokole­nia młodszego, nie obciążonego pochodzeniem, ani po­nurą przeszłością ostatniej wojny. Wydaje się, że uprosz­czone byłoby zdanie, które w takiej postawie rezygnacji widzi tylko kapitulację. Spojrzenie to zawiera coś wię­cej. Jest wyrazem odnajdywania równowagi w imię wyż­szych ideałów, które przerastają nawet ważny, doraźny interes narodowy. Bo cóż np. z interesu hitlerowskie­go „Grossdeutschland”, kiedy taka wersja Niemiec siłą rzeczy zawiera zalążki zagrożenia szkodliwe nie tylko dla bezpieczeństwa Europy, ale przede wszystkim dla wolności. A pokój i wolność warunkują się wzajemnie. Warunkiem zagwarantowania pokoju jest zapewnienie wolności. W danym wypadku m.in. wolności dla obu sąsiedzkich narodów.

Pewnie, że formuła pokoju związana z granicą na Odrze i Nysie, być może, nie zadawala jeszcze wszyst­kich Niemców. Ale w miarę upływu czasu szansę praw­dziwego pokoju na tych terenach będą rosły. Będą także rosły szansę pokoju i zgody psychicznej. Już dziś jeste­śmy tego świadkami w ogromnej mierze. Zgoda psy­chiczna Niemców związana z akceptacją naszej granicy zwiększyła znacznie szansę pokoju w tym rejonie. Rosną one także pod wpływem tego pokojowego bilansu ko­rzyści i strat - ekspiacji i wybaczenia - elementów jak­że ściśle ze sobą związanych. Być może wpłynie na taki bieg rzeczy i twórczy czas dialogu, wymiany myśli, głęb­szej cyrkulacji niesfałszowanych wartości, tak szeroko wspieranej pociągnięciami Pawła VI od czasu encykliki Ecclesiam suam. Próba otwartego chrześcijańskiego dia­logu winna przyczyniać się do pożądanego rozładowa­nia. W takiej atmosferze będzie jakoś łatwiej o właściwe zrozumienie Chrystusowych Błogosławieństw: Błogosła­wieni cisi, błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi i oni posiądą ziemię. Tym razem chodzić już będzie o ziemię obiecaną, położoną poza jakąkolwiek szerokością i długością geograficzną naszego globu.